PostHeaderIcon Arku, pamiętam… I zawsze będę

Babo-Chan? Koszulka Giby? Koszulka Ruciaka? Jaką Ty byś chciał? Zdobądź ją :)

„Co się dzieje? Co ja tu robię? Przecież przed chwilą wychodziłam z domu, a nie przypominam sobie, żebym mieszkała w lesie!” – Nieskładne myśli przechodziły mi przez głowę. Byłam w środku jakiegoś wielkiego lasu i tylko nieliczne, zbłąkane promienie słońca przebijały się przez korony niezwykle wysokich drzew. Gdy coś poruszyło się w krzakach, wrzasnęłam. Nie miałam pojęcia, co się dzieje. Przerażona, rozglądałam się dookoła, bojąc się poruszyć. Nagle usłyszałam głośny śmiech.

- Jak można nie umieć pływać? – pytał mężczyzna. – Zaraz cię nauczymy.

- Igła, nie przesadzaj – odezwał się drugi mężczyzna. – Nie jesteś dobrym nauczycielem. Jeszcze go utopisz.

Nie rozumiałam nic z tej wymiany zdań, ale głosy wydały mi się dziwnie znajome. Zaczęłam się zastanawiać, czy to aby nie mój przerażony umysł płata mi figle, podsyłając usłyszane kiedyś dźwięki, które w rzeczywistości nie istnieją, ale stwierdziłam, że, jeśli jednak są one prawdziwe, jest to moja jedyna szansa na wydostanie się z tej dziczy. Biegiem ruszyłam w kierunku, z którego dochodziły.

Okazało się, że wyjście z lasu, który uznałam za wielki, nie było wcale daleko, jak pierwotnie myślałam. Po krótkim biegu znalazłam się przed dużym budynkiem, który wyglądał jak hotel i również wydał mi się znajomy.

Stałam tak jakiś czas, próbując poskładać elementy tej pokręconej układanki, kiedy nagle w budynku otworzyły się drzwi i wyszedł z niego wysoki mężczyzna w długich włosach i krótkich spodenkach. Minął mnie bez słowa i pobiegł w stronę lasu, z którego ja przed chwilą wyszłam. Zwróciłam wzrok w stronę, w którą szedł i zobaczyłam mężczyzn grających w siatkówkę. Ten, który mnie minął miał wyraźny zamiar do nich dołączyć.

Do tej pory mój mózg pracował na najwyższych obrotach, ale z powodu strachu i przemożnej chęci wydostania się z obcego, ciemnego lasu. Teraz musiałam pomyśleć, gdzie ja właściwie jestem, co tu robię i jakim cudem się tu znalazłam?!

Z racji tego, że w końcu udało mi się znaleźć większą liczbę osób w jednym miejscu, ruszyłam w ich stronę, zamierzając zadać im mnóstwo pytań, na które nie mogłam znaleźć odpowiedzi od czasu mojego zagadkowego pojawienia się tutaj. Gdy stanęłam w odległości około dziesięciu metrów od boiska, ukryta za drzewem, ze zdumieniem stwierdziłam, że znam wszystkich tych mężczyzn. Patrzyłam na ludzi, których do tej pory miałam okazję oglądać tylko w telewizji.

Na zagrywce stał właśnie Piotrek Gruszka, a obok niego: Andrzej Stelmach, Michał Bąkiewicz, Radek Rybak, Łukasz Kadziewicz, który okazał się tym, który mnie mijał przy wejściu oraz Piotrek Gabrych, a po drugiej stronie siatki stali: Krzysiek Ignaczak, Sebastian Świderski, Dawid Murek, Robert Szczerbaniuk, Paweł Zagumny i… o, Boże, to naprawdę on?! Arek Gołaś! Nie mogłam uwierzyć własnym oczom!

Przecież… Arek Gołaś nie żył od prawie pięciu lat!

Przez ułamek sekundy pomyślałam, że chyba wyczerpałam limit strachu i przerażenia na kolejną dekadę… No bo, jak to możliwe, że dziesięć metrów ode mnie stoi i śmieje się człowiek, który zginął pięć lat temu?!

Nagle zza pleców usłyszałam znajomy akcent:

- Co tu robisz? – odwróciłam się przestraszona i zobaczyłam Igora Prielożnego.

- Ja… ja… – zaczęłam gorączkowo myśleć, co powiedzieć, żeby nie wyjść na głupią. – Ja chciałam tylko autografy siatkarzy, ale oni są zajęci. To ja przyjdę później, przepraszam – odparłam, jąkając się i odeszłam w stronę budynku.

Weszłam do środka i uśmiechnęłam się. Miałam rację – to był hotel.

Podeszłam do recepcji i poprosiłam o dzisiejszą gazetę. Z nerwów niemal wyrwałam ją kobiecie z ręki, co zostało skwitowane przez nią głośnym prychnięciem wyrażającym głębokie zbulwersowanie, ale niewiele sobie z tego zrobiłam. Podeszłam za to w stronę beżowego, puszystego fotela, który stał pod przeciwległą ścianą. Usiadłam, odetchnęłam głęboko i podniosłam gazetę do oczu. Data wydania wydrukowana została w lewym górnym rogu.

29 sierpnia 2005 roku!

Otworzyłam gazetę, szukając jakiejś wskazówki w określeniu miejsca, w którym się znalazłam.

Dotarłam do ostatniej strony i moją uwagę przykuł nagłówek: „Polscy brązowi medaliści Mistrzostw Świata na zgrupowaniu z Spale”.

Spała! Oczywiście, że tak! Jestem w Spale. Ale, jak? I po co?!

Nagle wszystko zrozumiałam

Jestem w Spale.

Jest 29 sierpnia 2005 roku.

Przed chwilą widziałam żywego Arka Gołasia.

Przez chwilę próbowałam odszukać w pamięci datę jego śmierci.

16 września… Arkowi zostało osiemnaście dni życia. I tylko ja na całym świecie o tym wiem. Mam szansę uratować mu życie. Ale jak?!

Zaczęłam gorączkowo zastanawiać się, jak to rozegrać, żeby nie wyjść na wariatkę.

Nagle usłyszałam:

- Chłopaki czekajcie! Ta dziewczyna chciała z wami pogadać – podniosłam głowę i zobaczyłam całą drużynę. Wszyscy spojrzeli na mnie i uśmiechnęli się.

Przez dwie sekundy zastanawiałam się, co robić – czy w dalszym ciągu grać rolę zakochanej w siatkówce, a może raczej „siatkarzach”, nastolatki, czy od razu zacząć przekonywać Arka, żeby nie wsiadał tego dnia do samochodu. Zdecydowałam się na tę pierwszą opcję, bo wydała mi się bezpieczniejsza. Poza tym, nie miałam żadnego planu.

- Tak! Właśnie – uśmiechnęłam się i podniosłam z fotela, a chłopcy podeszli do mnie. Wyjęłam z torby notes i długopis. – Czy mogłabym także zrobić sobie z panami zdjęcie? – zwróciłam się do siatkarzy.

- Takiemu pięknemu uśmiechowi się nie odmawia – odpowiedział Arek, a mnie przeszły dreszcze.

Rozmawiałam z człowiekiem, który w moich czasach leży w grobie! Ale zdawałam sobie też spraw z tego, że chcąc go przekonać, muszę się opanować i zapomnieć o tym, że według wszelkich praw on nie powinien żyć, a mnie nie powinno tu być. Nie było to łatwe zadanie, ale też nie było niewykonalne. Starałam się skupić na chwili obecnej, a nie na tym, że zamierzam zburzyć porządek wszechświata. Otrząsnęłam się i wyciągnęłam z mojej przepastnej torby aparat. Od czasu, kiedy rozpoczęłam studia na kierunku dziennikarstwo sportowe, nosiłam go zawsze ze sobą. Ileż to razy narzekałam, że muszę dźwigać taki ciężar, a on do niczego się nie przydaje. No i proszę! W końcu się doczekałam! Dopiero, kiedy przechwycił go Igła, wydając z siebie okrzyk pełen zachwytu, zauważyłam swój błąd – ten sprzęt był nowoczesny w 2010 roku, a teraz był, jakkolwiek absurdalnie by to nie brzmiało, 2005!

- Skąd masz takie cudo? – zapytał Igła. Musiałam szybko wymyślić coś wiarygodnego.

- Mam wujka w Stanach – odparłam na wdechu. – Często przysyła nam takie gadżety.

- Też chciałbym takiego wujka – powiedział ze śmiechem Kadziu, także oglądając aparat.

- Nie oddam ci mojego wujka – zaśmiałam się.

- Jak masz właściwie na imię? – zapytał Arek.

- Noemi – przedstawiłam się.

- Arek – podał mi rękę. Gdy ją uścisnęłam znów przeszły mnie dreszcze. Moja podświadomość nie była w stanie się wyłączyć. Choćbym nie wiem, jak bardzo starała się nie myśleć, to i tak umysł podpowiadał mi, że w tym wszystkim jest coś bardzo, bardzo nie tak.

- Kadziu, uśmiechnij się! – zawołał Igła i pstryknął zdjęcie.

- Ej… Tak się bawić nie będziemy, Krzysztofie – powiedział Łukasz i zaraz dodał – Mam dość zdjęć robionych mi znienacka. Jak chcesz robić, to rób, ale bez oszukiwania. Uwaga! Będę pozował! – zakomunikował i przybrał pozę, która przypominała łyżwiarza wykonującego „jaskółkę”. Z naciskiem na „przypominała”.

Igła zrobił jeszcze kilka takich śmiesznych zdjęć swoim kolegom, a później pstryknął fotkę mnie z Bąkiem, Gumą i Garym.

Kiedy podszedł do mnie Arek i położył mi rękę na plecach, znów poczułam nieprzyjemne mrowienie, ale pomyślałam, że mam przecież szansę go uratować.

No, właśnie – mam szansę uratować mu życie. Ale jak? Jak to zrobić, żeby mi uwierzył?

Potrzebowałam chwili na przemyślenie moich dalszych działań.

Igła, z tęsknotą na twarzy, oddał mi aparat i, pożegnawszy się, razem z Arkiem, Kadziem i Garym, ruszyli w stronę schodów.

Usiadłam na tym samym beżowym fotelu i zaczęłam się zastanawiać. Zamknęłam oczy i próbowałam wyobrazić sobie naszą rozmowę. To było bez sensu! Musiał istnieć jakiś inny sposób! Otworzyłam oczy, żeby pójść do łazienki przemyć twarz zimną wodą, może wtedy doznałabym jakiegoś olśnienia, ale ze zdziwieniem stwierdziłam, że siedzę w swoim samochodzie!

- Co tu się do cholery dzieje?! – krzyknęłam. Byłam kompletnie zagubiona.

Najpierw, wychodząc z domu, trafiam do wielkiego lasu, później rozmawiam z trupem, a kiedy obmyślam, co zrobić, żeby trup trupem się nie stał, wracam do domu!

Wysiadłam z auta, trzasnęłam drzwiami i wróciłam do domu. Gdy weszłam do środka, usłyszałam:

- Nie jedziesz do szkoły?

- Nie. Dzisiaj jednak nie pojadę. Rozbolała mnie głowa. Nie martw się, babciu. Poproszę Paulinę, żeby przesłała mi notatki mailem. Wezmę tabletkę i się położę – zaczęłam wchodzić po schodach. Weszłam do pokoju, rzuciłam torbę na podłogę i zaczęłam się śmiać. Przecież to nie mogło się zdarzyć! To było tak pokręcone, że nawet najlepszy pisarz science-fiction by czegoś takiego nie wymyślił! Zasnęłam w samochodzie i to wszystko mi się po prostu przyśniło. Tak. Tak właśnie było.

Wstałam, żeby pójść do kuchni po szklankę wody i przez przypadek kopnęłam torbę, z której wyłonił się aparat. Schyliłam się i go podniosłam.

- Błagam, niech tych zdjęć tam nie będzie… – szepnęłam.

Włączyłam aparat, zamknęłam oczy i włączyłam tryb przeglądania zdjęć. Wzięłam głęboki oddech i otworzyłam oczy. Ze zdjęcia patrzył na mnie uśmiechnięty Arek Gołaś!

- Nie! – jęknęłam i osunęłam się po ścianie na podłogę. Aparat położyłam obok i podciągnęłam kolana pod brodę. Zamknęłam oczy i zaczęłam myśleć, co mam teraz zrobić. Dlaczego ja? Dlaczego tam byłam? Dlaczego wróciłam, zanim zdążyłam cokolwiek zrobić? Mam go uratować, czy nie?

Otworzyłam oczy i mój wzrok padł prosto na uśmiechniętą twarz Arka.

- Jak mam cię uratować? – zapytałam. – Co mam zrobić, żebyś mi uwierzył?

*   *   *   *   *

Nie spałam całą noc, nie wiedząc, co mnie czeka rankiem. Czy stanie się to samo, co wczoraj, czy okaże się, że to jednak był sen i będę mogła wrócić do normalnego życia?

Miałam nadzieję, że to okaże się snem, ale wzięłam ze sobą aktualną gazetę z 10 marca 2010 roku.

Gdy wychodziłam z domu, miałam wrażenie, że serce przebije mi się przez żebra, zrobi dziurę w skórze i wyskoczy na zewnątrz. Złapałam klamkę, wzięłam głęboki oddech i pchnęłam drzwi. Otworzyłam oczy i zobaczyłam samochody oraz machającą do mnie sąsiadkę z naprzeciwka. Odetchnęłam z ulgą i uśmiechnęłam się do sąsiadki. Ruszyłam w stronę samochodu, wsiadłam do środka, uruchomiłam silnik i wrzuciłam wsteczny. Nic się nie działo. Byłam naprawdę szczęśliwa. Dojechałam na uczelnię, zaparkowałam auto na swoim stałym miejscu. Wszystko było jak zawsze i zaczynałam wierzyć, że to był sen.

Weszłam po schodach, złapałam klamkę i usłyszałam swoje imię. Odwróciłam się i zamiast spodziewanej koleżanki, ujrzałam drzewa. Znów byłam w spalskim lesie.

- Cholera! – zaklęłam. – Co tu się dzieje?! – swoim krzykiem spłoszyłam parę dzięciołów, które poderwały się z gałęzi z odleciały w głośnym furkotem skrzydeł.

- Jak to nie umiesz pływać? – usłyszałam. Westchnęłam i ruszyłam w tym samym kierunku, co wczoraj. Ukryłam się za drzewem i zobaczyłam wychodzącego z ośrodka Łukasza Kadziewicza. Tak jak się spodziewałam, skierował się w prawo, w stronę boiska, na którym jego koledzy rozgrywali mecz.

Usiadłam pod drzewem i zaczęłam myśleć, co zrobić. Za chwilę Arek wróci do hotelu, a za dwa dni stąd wyjedzie. Za to za osiemnaście dni samochód, w którym będzie jechał, a który prowadziłam będzie jego żona, uderzy w betonową ścianę na austriackiej autostradzie. Za dwa lata skończy się proces Agnieszki, skutkiem którego zostanie uznana za winną nieumyślnego spowodowania wypadku ze skutkiem śmiertelnym i skazana na trzy lata pozbawienia wolności w zawieszeniu, rok zakazu prowadzenia samochodu i tysiąc złotych grzywny.

Widziałam w telewizji tę kobietę krótko po usłyszeniu wyroku. Wyglądała jak cień człowieka. Jakby nie była dla niej dostateczną karą świadomość, że zabiła swojego męża, którego poślubiła dwa miesiące wcześniej. Nie mogłam pozwolić, żeby drugi raz straciła ukochanego ani żeby jego przyjaciele po raz kolejny żegnali się z nim na cmentarzu.

Kątem oka zobaczyłam, jak cała drużyna wraca do ośrodka. Wstałam, wyszłam zza drzewa i gdy mijał mnie roześmiany Arek, powiedziałam:

- Dzień dobry, panu. Jestem studentką dziennikarstwa i na zaliczenie muszę przeprowadzić wywiad ze znanym sportowcem. Poświęciłby mi pan pół godzinki? – nawet nie skłamałam. Cztery i pół roku później przeprowadzałam ten wywiad z człowiekiem, który stał teraz obok niego – z Krzysztofem Ignaczakiem. Cztery i pół roku później pytałam Igłę, jak bardzo tęskni za Arkiem i jak wysoko, jego zdaniem, byłby, gdyby nie przeszkodziła mu śmierć.

- Jasne – Arek uśmiechnął się. – Może wejdziemy do środka?

Usiadłam na tym samym fotelu, co dzień wcześniej (a może pięć lat wcześniej? Moje poczucie czasoprzestrzeni było poważnie zakłócone). Jeszcze raz się przedstawiłam i, żeby zachować pozory, wyciągnęłam telefon i włączyłam funkcję dyktafonu.

- W zeszłym sezonie dostał pan propozycję od włoskiego klubu Sempre Volley Padwa. Pana marzeniem było grać we Włoszech. The dream came true.

- Spełniło się, tak. To była niesamowita sprawa. Ale nie sądziłem, że stanie się to tak szybko. Mam dwadzieścia cztery lata, a już osiągnąłem więcej niż niejeden starszy kolega po fachu.

- Zasługuje pan na to. Aktualnie w rankingu najlepszych siatkarzy świata zajmuje pan na swojej pozycji drugie miejsce.

- Nie czuję się żadną gwiazdą. Jestem zwykłym chłopakiem z Mazowsza, który po prostu stara się realizować swoje marzenia.

- To ostatnie zgrupowanie kadry w tym sezonie. Za parę dni rozpoczynają się rozgrywki ligowe. Kiedy pan jedzie do Włoch?

- Szesnastego. Razem z żoną postanowiliśmy jechać samochodem prowadząc na zmianę.

- Nie boi się pan? To długa droga.

- Nie. Ufam żonie, a ona ufa mi. Poza tym, nie jesteśmy smarkaczami, którzy dopiero co odebrali prawo jazdy.

- No tak – uśmiechnęłam się, ale w myślach aż krzyczałam, żeby tego dnia nie wsiadał do samochodu. – Ale słyszałam, że autostrady w Austrii są bardzo niebezpieczne.

- Wszystkie drogi są niebezpieczne, jak się chce za bardzo popisać. A gdyby tak myśleli wszyscy ludzie, to przemysł samochodowy by zbankrutował. Ale… Dlaczego pani tak interesuje się naszą podróżą? Coś nie wydaje mi się, że jest pani studentką.

- Jestem! – mój plan zaczął się sypać.

- Kim jesteś? – pogodna twarz Arka zaczynała zmieniać wyraz na zdecydowanie mniej pogodny. Postanowiłam nie bawić się w delikatność.

- Nie możesz jechać tamtędy szesnastego września.

- Co? Dlaczego?

- Wiem, że to strasznie dziwnie zabrzmi, ale zginiesz. Samochód uderzy w betonową ścianę. Zginiesz na miejscu, a Agnieszka przez pięć lat nie będzie w stanie się z tego otrząsnąć.

- O czym ty mówisz, dziewczyno?

- To prawda…

- Skąd niby o tym wiesz?

- Jestem z przeszłości i…

- Wiesz co? Zrobimy tak – ty teraz wyjdziesz, a ja zapomnę o tej rozmowie, ok? – wstał i założył ręce na piersi.

- Nie! Nie możesz zapomnieć o tej rozmowie!

- Idź już, naprawdę. Tak będzie lepiej dla wszystkich – złapał mnie za ramiona i zaczął prowadzić w stronę wyjścia.

- Dla kogo będzie lepiej? – wiedziałam już, że przegrałam, ale chciałam zasiać w nim chociaż ziarno niepewności. – Dla kogo będzie lepiej, Arek? Dla ciebie? Dla Agnieszki? Pomyśl o niej! Przecież ją kochasz! Chcesz, żeby do końca życia wyrzucała sobie, że zabiła swojego męża?

- Idź już stąd, proszę – powiedział Arek i zdecydowanym ruchem wypchnął mnie za drzwi, a ja znalazłam się przed drzwiami uczelni z koleżanką, która trzymała mnie za rękę z przerażoną miną.

- Co ci jest? – zapytała.

- Co? Nie, nic… Słabo mi się zrobiło po prostu.

- Nie rób mi tak więcej, dziewczyno! – krzyknęła Paulina. – Wiesz, jak się wystraszyłam?

- Ja też… – mruknęłam pod nosem.

„Co ze mnie za człowiek?” – wyrzucałam sobie. – „Po raz drugi straciłam szansę uratowania ludzkiego życia!”.

Na zajęciach nie mogłam się skupić nawet na chwilę. Cały czas myślałam o tym, co zrobić, żeby Arek mi uwierzył. Bo tego, że będę miała jeszcze jedną szansę, byłam pewna.

W trakcie przerwy obiadowej na chwilę oprzytomniałam i przypomniałam sobie o mailu, którego miałam wysłać do sekretariatu uczelni. Uruchomiłam laptopa, ale zamiast wejść w pocztę, wpisałam w wyszukiwarce dwa słowa: „Arkadiusz Gołaś”. Wyskoczyło mi kilka tysięcy wyników. Kliknęłam w pierwszy i zaczęłam czytać. Na stronie opisany był wypadek.

- Tak! O to chodzi! – krzyknęłam i, wybiegając z bufetu, przewróciłam krzesło i wpadłam na rektora, ale nie przejęłam się tym.

Wydrukowałam te i jeszcze parę innych stron, na których opisane były okoliczności śmierci Arka Gołasia. Teraz pozostawało mi tylko czekać na kolejną wizytę w Spale.

„A jeżeli już straciłam szansę?” – zachodziłam w głowę. Nagle moja pewność zmieniła się w straszną niepewność wywołującą u mnie dziwna pustkę. „Jeżeli straciłam dwie szanse, to już następnej może nie być. Zabiłam go…”.

Byłam tak wycieńczona zamartwianiem się że nawet nie pamiętam, kiedy zasnęłam. A kiedy się obudziłam, był już dzień. Zaczęłam gorączkowo pakować wszystko do torby.

- Artykuły, aparat, portfel, telefon, kluczyki… Coś jeszcze? – miotałam się po pokoju. Kiedy trzy razy upewniłam się, że mam wszystko, wyciągnęłam rękę, pewna że dotknie klamki, jednak ta zawisła w powietrzu, a ja poczułam zapach sosnowych igieł. Rozejrzałam się i odetchnęłam z ulgą.

Zaczęłam nasłuchiwać spodziewanego głosu Igły wyśmiewającego się z kolegi. Minęła minuta, potem dwie i pięć, a ja nic nie słyszałam. Ogarnęło mnie niesamowite uczucie strachu i jakiejś dziwnej pustki.

Poczułam samotną łzę spływającą po policzku. Szybko ją otarłam i pobiegłam w tę samą stronę, co wczoraj i przedwczoraj.

Na placu nikogo nie było.

Odwróciłam się w stronę boiska i zamarłam. Tam też nikogo nie było! Tylko piłka turlała się smutno po tartanie, popychana wiatrem.

W ułamku sekundy podjęłam decyzję – wejdę do środka i udam, że chcę się zameldować.

Weszłam po schodach, popchnęłam drzwi i ruszyłam w stronę recepcji.

Spodziewałam się ujrzeć tę samą kobietę, której tak bezceremonialnie wydarłam z rąk gazetę, jednak, kiedy powiedziałam „dzień dobry” i postać wychyliła się zza lady, zobaczyłam mężczyznę!

- Dzień dobry. W czym mogę pani pomóc? – zapytał.

- Ja… Ja chciałam wynająć pokój na dwa dni.

- Oczywiście – recepcjonista uśmiechnął się. – Proszę to wypełnić – podał mi formularz.

Wpisałam w rubryczki imię, nazwisko i datę urodzenia, przy której trochę się zawahałam. W końcu wpisałam rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty pierwszy. W tej sytuacji postarzenie się o dziesięć lat wydało mi się banalne.

- Przepraszam, którego dzisiaj mamy? – zapytałam.

- 31 sierpnia – usłyszałam w odpowiedzi.

- Co?! – wykrzyknęłam. – Niemożliwe! Przecież wczoraj był 29!

- Nie, proszę pani. Wczoraj był 30. A dzisiaj jest 31.

- Jest pan pewien? – zaczynałam wpadać w histerię.

- Tak, jestem pewien – odparł spokojnie recepcjonista. Miałam wrażenie, że on w ogóle nie zauważa mojej przerażonej miny.

- A czy siatkarze już wyjechali? – mój głos zaczął niebezpiecznie przybierać coraz wyższy ton.

- Mieli wyjechać w południe – spojrzał na zegarek. – Jest za piętnaście. Jeżeli chce pani ich zobaczyć, proszę pójść do restauracji. Powinni jeszcze tam być.

Bez słowa pobiegłam w kierunku, który wskazywałam wyciągnięta dłoń recepcjonisty. Wychodząc z zakrętu, zderzyłam się z czymś dużym. Spojrzałam w górę i zobaczyła zdumione oczy Pawła Zagumnego.

- Jeszcze jesteście… – powiedziałam z ulgą.

- Jesteśmy, ale zaraz nas nie ma – odparł zdziwiony. – A o co chodzi?

- Ja mam sprawę. Do Arka Gołasia. Można powiedzieć, że to sprawa życia i śmierci. Mógłbyś go poprosić? – czułam coraz szybsze bicie serca.

- Jeżeli to sprawa życia i śmierci, to już go wołam – Paweł chyba dostrzegł powagę i determinację na mojej twarzy, bo w ogóle się nie uśmiechnął i od razu zawrócił do pomieszczenia, z którego dopiero co wyszedł.

Po chwili z restauracji wyszedł Arek. Też się nie uśmiechał. I dobrze, bo wcale nie było, z czego się cieszyć. Za chwilę miałam mu oznajmić, że za dwa tygodnie zginie tragicznie i postanowiłam, że zrobię wszystko, żeby mi uwierzył.

- Co się stało? Coś z Agnieszką? – „Tak bardzo ją kocha…”, pomyślałam.

-  Nie. Chodzi o ciebie.

- O mnie? Ja jestem zdrowy. I żyję. Więc co to za „sprawa życia i śmierci”? – zapytał, trochę zniecierpliwiony.

- Możemy gdzieś usiąść? – zapytałam, wiedząc, że ta rozmowa jest o wiele bardziej poważna, niż myśli.

- Kim ty właściwie jesteś? – zapytał Arek, kiedy szliśmy w stronę puszystych foteli koło wejścia. Przemknęło mi przez głowę, że, jeśli kiedykolwiek tu przyjadę, te fotele na pewno nie będą mi się dobrze kojarzyły.

Usiedliśmy i powiedziałam:

- Jestem kimś, dzięki komu dożyjesz starości – oznajmiłam.

- Taki mam właśnie zamiar – zaśmiał się.

- Arek, słuchaj. Nie będę owijała w bawełnę, bo to nie ma sensu. Tylko, proszę, nie przerywaj mi. Nic nie mów, póki nie skończę, choćby wydawało ci się, że to skończone brednie.

- A powiesz mi chociaż, jak masz na imię?

- Noemi – odpowiedziałam. – A teraz siedź cicho i słuchaj – Arek kiwnął głową, a ja zaczęłam mówić. – Za dwa tygodnie umrzesz. Miałeś mi nie przerywać! Za dwa tygodnie umrzesz. Mam wszelkie powody tak mówić, bo to widziałam. Zacznę od początku. Jestem z roku 2010. Nie mam pojęcia, jak się tu znalazłam, ale jestem tu już trzeci raz i wiem, że jestem tu po to, żeby cię uratować. Za pierwszym razem przeżyłam szok, widząc cię żywego. Kiedy mnie dotknąłeś, przeszły mnie dreszcze, bo wiedziałam, że w moich czasach nie żyjesz. Nie rób takiej miny. Najpierw udowodnię ci, że jestem z przeszłości – wyciągnęłam z torby portfel i pokazałam mu prawo jazdy. – Jakim cudem, rodząc się w roku dziewięćdziesiątym pierwszym, miałabym prawo jazdy?

- Ale jak się tu znalazłaś? – zapytał zdumiony, wpatrując się w datę urodzenia na dokumencie.

- Nie wiem. Ale wiem, że jestem tu z jakiegoś powodu. Z twojego powodu, Arek. Szesnastego września zginiesz w wypadku, który spowoduje twoja żona. Zobacz – wydobyłam z torby pokaźny plik wydruków z artykułami na jego temat. Wziął je ode mnie i z każdą przeczytaną linijką, jego oczy coraz szerzej się otwierały. – Tak – wstałam. – Myślę, że na tym moja rola się kończy. Zrobisz, jak będziesz chciał. Ja cię ostrzegłam – stanęłam koło Arka i położyłam mu rękę na ramieniu. – Arek, proszę cię… Nie jedź do Włoch. Kontrakt nie jest ważniejszy od życia. Pomyśl o Agnieszce, o swoich rodzicach. Pomyśl o nim – wskazałam na Igłę, który, roześmiany, wrzucał swoją torbę do bagażnika. – On za tobą tęskni. Wszyscy tęsknimy. Podejmij mądrą decyzję.

To powiedziawszy, odwróciłam się i ruszyłam w stronę drzwi.

Usłyszałam jeszcze tylko słowo: „zaczekaj!” i znalazłam się w swoim pokoju z ręką wyciągniętą w stronę klamki.

Natychmiast porzuciłam myśl o wyjściu z domu. Usiadłam na łóżku i wyciągnęłam z torby laptopa, którego natychmiast odpaliłam.

Jeszcze nigdy tak nie dłużyło mi się otwieranie systemu. Kiedy w końcu wszystko się załączyło, wpisałam w wyszukiwarkę „Arkadiusz Gołaś”. Kliknęłam w pierwszą stronę:

Arkadiusz Gołaś (ur. 10 maja 1981 w Przasnyszu) – polski siatkarz grający na pozycji środkowego bloku, reprezentant Polski, obecnie zawodnik klubu PGE Skra Bełchatów. Ma żonę Agnieszkę i córkę Noemi (ur. 23 marca 2007).

Więcej nie potrzebowałam. Odłożyłam komputer i się rozpłakałam.

- Nazwał córkę moim imieniem… – wyszeptałam. – I gra w Skrze! Zaraz… Przecież ja mam bilety na Skrę!

Spojrzałam na ekran komputera, na datę. 12 marca.

- Przecież to dzisiaj! – krzyknęłam.

Była godzina 14:09, mecz rozpoczynał się o 17:30, a ja byłam umówiona z Pauliną na 14:10.

Szybko zaczęłam pakować torbę, złapałam w biegu bilet, zbiegłam po schodach, krzyknęłam do babci: „Jedziemy z Pauliną do Bełchatowa!” i już odpalałam samochód.

Gdy podjechałam pod dom Pauliny, była 14:12. Zatrąbiłam i po krótkiej chwili Paulina weszła do samochodu. Buzia nie zamykała jej się przez całą drogę, ale dolatywały do mnie tylko strzępy zdań. Jak zwykle mówiła o chłopaku, któremu się podoba, a on jej niekoniecznie.

Podjechałyśmy pod halę „Energia” o 15:24.

Zajęłyśmy miejsca na trybunach i Paulina w końcu zauważyła, że jestem nieobecna.

- Noemi, czy ty się dobrze czujesz? – zapytała z troską. W gruncie rzeczy, Pauli nie była złą przyjaciółką. Czasem była zbyt mocno zapatrzona w siebie, szczególnie, jak jej na czymś zależało, ale znałyśmy się od dziecka i rozumiałyśmy bez słów. – Dwa dni nie było cię na zajęciach, a jak już przyszłaś, to prawie zemdlałaś. O co chodzi? – spojrzała na mnie z wyczekiwaniem.

Cóż… Nie miałam wyboru. Musiałam jej powiedzieć. Ale Paulina nie uwierzyła. Sama nie uwierzyłabym, gdyby ktoś opowiedział mi taką historię…

- Przecież Arek żyje! Oprócz zeszłorocznej kontuzji nie miał żadnego wypadku! – spojrzała na mnie jak na przybysza z kosmosu. I, mówiąc szczerze, tak właśnie się czułam.

Zaczęłam rozmyślać. Może to wszystko po prostu mi się przyśniło? Albo teraz śnię? Ale to wszystko było takie realne, takie prawdziwe… Paulina, mecz, żółty klub kibica, który robił ogłuszający hałas, chcąc jak najlepiej dopingować swoją ukochaną drużynę…

Bardzo chciałam, ale za żadne skarby nie potrafiłam się skupić na tym meczu. Rejestrowałam co dziesiąty punkt i przebudzałam się z mojego dziwnego letargu tylko, gdy słyszałam skandowane przez kibiców: „Arek! Arek!”.

Powoli zaczynałam dochodzić do przekonania, że zwariowałam i postanowiłam, że jak tylko dojadę do Łodzi, zarejestruję się do psychiatry.

W pewnym momencie poczułam lekkie potrząsanie.

- Halo! Ziemia do Noemi! Mecz się skończył. Jedziemy do domu – Paulina wyciągnęła do mnie rękę, którą posłusznie złapałam. – Może tym razem ja poprowadzę. Nie wyglądasz dobrze – dotknęła mojego czoła, a mnie przez głowę przeleciała bezsensowna myśl, że przyjaciółka mogłaby zrobić teraz ze mną wszystko, a ja bym się na to zgodziła.

Nagle usłyszałam znajomy głos wykrzykujący moje imię.

Odwróciłam się, a za barierkami stał Arek Gołaś. Jego twarz wyrażała wiele emocji – począwszy od strachu, poprzez zdumienie, a kończąc na radości.

- Skąd on cię zna? – zapytała Paulina.

- Ja… Chyba uratowałam mu życie – odparłam i powoli, bardzo powoli, ruszyłam w jego stronę. Arek zrobił to samo. Wyglądało to tak, jakby dwa drapieżniki podchodziły do siebie, nie chcąc się nawzajem spłoszyć.

Kiedy w końcu zbliżyliśmy się do siebie na wyciągnięcie ręki, Arek niespodziewanie wyciągnął ramiona i mocno mnie przytulił.

- Twoje włosy – powiedział zupełnie bez sensu.

- Co z nimi? – wystękałam w jego pierś.

- Są czerwone – „wow”, pomyślałam. „Cóż za spostrzegawczość”. W sytuacji, w jakiej się znalazłam nie była to najmądrzejsza i najsensowniejsza rzecz, ale co w tym momencie było normalne? – Po nich cię poznałem. Od pięciu lat wszędzie wypatruję dziewczyny z czerwonymi włosami i już powoli zaczynałem tracić nadzieję, że cię znajdę – w końcu mnie puścił i mogłam złapać oddech, a moje płuca się rozkurczyły.

- Od pięciu lat? Przecież widzieliśmy się jakieś pięć godzin temu! – nie wiedziałam, czy moje poczucie czasoprzestrzeni jeszcze kiedykolwiek się odbuduje…

- Pięć godzin? – Arek był naprawdę zdumiony. – Rozmawialiśmy pięć lat temu!

- Arku, po dzisiejszych wydarzeniach… Czy tam sprzed pięciu lat, stwierdzam z całą stanowczością, że czas to bardzo skomplikowana materia. Sama nie potrafię tego ogarnąć… I wiesz co? Wcale nie jest łatwo cię przekonać – uśmiechnęłam się. – Byłam tam aż trzy razy!

- Dziękuję ci – powiedział, a w jego oczach zobaczyłam łzy. – Zresztą, takie zwykłe „dziękuję” to stanowczo za mało. Do śmierci nie zdołam ci się odwdzięczyć.

- Uwierzysz mi, jeśli powiem, że nie masz za co dziękować?

- Nie – uśmiechnął się szeroko.

- Noemi? – usłyszałam zza pleców. Odwróciłam się i zobaczyłam Paulinę, o której z tego wszystkiego, całkowicie zapomniałam. – O co tutaj chodzi?

- Nie kłamałam – oznajmiłam z dumą, a Paulina stała ja wryta, patrząc to na mnie, to na Arka i próbując zestawić ze sobą wszystkie te fakty.

- Mi też nikt nie chciał uwierzyć. Dopiero, kiedy pokazałem im te wydruki. Chociaż Igła i tak twierdził, że żart mnie się trzyma i zrobiłem to dla jaj. Taa… Chyba bym musiał zwariować, żeby żartować z własnej śmierci… Ale, wiesz? Kiedy dowiedzieliśmy się, że tamtego dnia na autostradzie był wypadek…

- Jaki wypadek? – Paulina w końcu odzyskała zdolność mówienia.

- Pauli! Właśnie to próbuję ci cały czas wytłumaczyć! Że on już kiedyś zginął, a ja jakimś cudem cofnęłam się w czasie i przekonałam go, żeby nie wsiadał do samochodu.

- Przysięgam, że już zawsze będę ci wierzył – Arek spojrzał na mnie z powagą. – Pojedziemy do mnie? Poznasz Agnieszkę, a Noemi wreszcie zobaczy swoją bohaterkę.

- Mówisz dziecku, że jestem bohaterką? – oburzyłam się.

- Jesteś – złapał mnie za ramiona i spojrzał w oczy. – Dla mnie i mojej rodziny zawsze będziesz bohaterką.

*   *   *   *   *

- Miałam nadzieję, że cię wreszcie poznam – ze łzami w oczach mówiła do mnie Agnieszka Gołaś. – Na początku nie wiedziałam, co mam o tym wszystkim myśleć. Ale kiedy Arek pokazał mi te artykuły… A potem, kiedy dowiedziałam się o tym wypadku… – widziałam, jak trudno było jej mówić. Rozumiałam to. Widziałam jej rozpacz po śmierci męża.

- Słuchajcie – zwróciłam się do wszystkich. – Ja nie czuję się jakoś wyjątkowo. Każdy na moim miejscu zrobiłby to samo. Ludzkie życie to największa wartość na świecie. Zobaczyłam go żywego i wiedziałam, że muszę sprawić, by żywy pozostał. Udało się. I bardzo się z tego cieszę. Błagam, nie mówmy już o tym. Podziękowaliście. Wystarczy. Naprawdę.

Wypowiedziawszy ostatnie słowo, usłyszałam znajomą melodyjkę i salon Gołasiów zaczął się rozmazywać. Był coraz mniej wyraźny, aż w końcu całkiem zniknął, a jego miejsce zastąpiła nieprzenikniona czerń.

Upiorna melodyjka wciąż grała.

Otworzyłam oczy.

Wyciągnęłam rękę.

Wyłączyłam budzik.

Nastała cisza.

Przeraźliwa, krzywdząca uszy, cisza.

Była szósta rano.

Długo jeszcze leżałam w łóżku i zastanawiałam się, co by było, gdyby mój sen się ziścił.

Arek Gołaś byłby żywy. Miałby szczęśliwą rodzinę.

Byłby najlepszym siatkarzem świata. Zdobyłby ze swoimi kolegami Mistrzostwo Europy.

Ale to był sen.

Rozpacz Agnieszki Gołaś, rodziców Arka i jego przyjaciół była prawdziwa.

Bo to był tylko sen…

Noemi Szczepaniak

6 Responses to “Arku, pamiętam… I zawsze będę”

  • klaudia pisze:

    Wiesz, to mnie dosłownie zmiażdżyło. Siedzę na łóżku z laptopem na nogach, łzy ciekną mi ciurkiem po policzkach, dolna warga niebezpiecznie drga, a w głowie wyświetla mi się idealna ekranizacja tego, co zostało tu napisane.
    Nie pamiętam, kiedy tak ostatnio płakałam, jak teraz. Ludzka śmierć, cierpienie… Nawet osób, których osobiście nie znamy potrafi bardzo dotknąć. Co więcej, te zdarzenia są na porządku dziennym, a my i tak nie potrafimy się do nich przyzwyczaić, czy może lepiej to określę „nie możemy przejść obok tego obojętnie”. Później wszystko zostaje w głowie i w taki dzień, jak choćby dzisiaj, wracają wspomnienia. Serce aż pęka, a obślizgła gula staje w gardle. Nie chcę filozofować, bo nie o to mi chodzi, ale… Siatkówka, to naprawdę wyjątkowy sport, tak jak i ludzie, którzy skupiają się wokół niej…

    • Noemi Szczepaniak / www.s-w-o.pl pisze:

      Na mnie ten sen zrobił niesamowite wrażenie. Z reguły nie pamiętam, co mi się śni. Ale ten był tak wyraźny, tak wiarygodny i prawdziwy. Kiedy Arek mnie dotknął, miał tak strasznie zimne dłonie… Ja już nie płaczę, czytając to, ale wierz mi, że dzień po nocy, której miałam ten sen, był straszny. Przeraźliwe uczucie pustki i dziwna świadomość, ze przyczyniłam się do jego śmierci… Głupie, ale tak wtedy myślałam. Potrzebowałam Przyjaciół, żeby ze mną pomilczeli i przytulili.

  • klaudia pisze:

    Wierzę, że musiało być Ci ciężko po takim śnie. Te bardzo realne, gdzie czujemy wszystko, a niekiedy mamy możliwość kierowania całą akcją są straszne. A tutaj… Za nic nie chciałabym doświadczyć takiego marzenia sennego. Nasza pamięć pomimo długiego czasu, jak widać, jest wciąż tak żywa, że to chyba podświadomie się stało.
    Choć chodzi mi teraz jedno pytanie odnośnie tego… Myślałaś wcześniej o Arku? Jednak jeśli nie chcesz, nie musisz mi odpowiadać.

    • Noemi Szczepaniak / www.s-w-o.pl pisze:

      Nie. Nie myślałam o nim. Tym bardziej nie wiem, co sprawiło, że miałam taki sen. Wiadomo, myślę o nim teraz. Czasem zdarzy mi się go wspomnieć, jak Biało-Czerwoni odniosą jakiś sukces: „Ale Arek by się cieszył”. Ale wtedy nie myślałam o nim w ogóle. Jednak, pomimo tego wszystkiego, cieszę się z tego snu :)

Leave a Reply


one + = 8